Przyznaję się od razu, że sięgnęłam po tą książkę tylko dlatego, że zobaczyłam na okładce nazwisko Mendoza. Po wnikliwym obejrzeniu ( hm… okulary ) okazało się, że to nie ten Mendoza, którego wprost uwielbiam. Nie pozostało mi nic innego jak w takim razie sprawdzić, co takiego chce mi powiedzieć ten właśnie Mendoza. W skrócie rzecz ujmując jest to genialna książka dla miłośników intryg w miłością w tle. Dowiedziałam się, że Vivaldi był członkiem tajemniczego bractwa. Odkrył coś, czego szukają wszyscy. Młody skrzypek oraz jego nowo poznana przyjaciółka całkiem przypadkowo odkrywają tajemnicę Vivaldiego.Potem to już zjazd kolejką górską bez gór. Miłość, pogoń, intrygi, niebezpieczeństwo ale to wszystko jakieś takie mdłe. Irytujące powtarzanie co drugą stronę wszystkich najważniejszych elementów historii. Na przykład, że kolega bohater to najpierw zrobił to, a potem tamto a potem koleżanka postąpiła tak i tak. To wszystko oglądane z każdej możliwej perspektywy, aż do obrzydzenia. Może w takim stylu są pisane klasyczne romanse. Jeżeli tak, to już wiem dlaczego ja ich nie czytam. Nie przepadam za tym, kiedy traktuje się mnie jak kogoś, kto nie potrafi zapamiętać co się działo kilka stron wcześniej. Historia interesująca, natomiast forma przedstawienia całkowicie pozbawia ją aury tajemniczości i magii.